Sąd Rejonowy w Piotrkowie Trybunalskim skazał 21 października 2026 roku. Sebastiana M. na 8 lat pozbawienia wolności za wypadek na autostradzie A1, w którym zginęli Martyna, Patryk i ich pięcioletni syn Oliwier. To najwyższa kara, jaką sąd mógł w tej sprawie wymierzyć. Mimo to dla dużej części opinii publicznej wyrok jest za niski, a nawet niesprawiedliwy.
Co orzekł sąd?
Sędzia Renata Folkman uznała Sebastiana M. za winnego spowodowania wypadku ze skutkiem śmiertelnym (art. 177 § 2 k.k.) i co do kary oraz zakazu uwzględniła wnioski prokuratora. Wymierzyła mu 8 lat pozbawienia wolności i zastrzegła, że o warunkowe przedterminowe zwolnienie będzie mógł się ubiegać dopiero po odbyciu 3/4 kary, czyli po sześciu latach. Orzekła też 15-letni zakaz prowadzenia pojazdów mechanicznych, czyli najdłuższy, jaki można orzec wobec trzeźwego sprawcy, oraz zadośćuczynienie po 500 tys. PLN dla każdego z rodziców ofiar. Obrona wnosiła o uniewinnienie, o to samo prosił w ostatnim słowie oskarżony. Wyrok jest nieprawomocny. Apelacja trafi do Sądu Okręgowego w Piotrkowie Trybunalskim.
„Za mało” – skąd to poczucie niesprawiedliwości?
Społeczeństwo liczy prosto: trzy życia, osiem lat. To niespełna trzy lata za każdą ofiarę, a przy dobrym sprawowaniu wolność po sześciu. Do tego dochodzi cały kontekst: wyjazd do Dubaju, złota wiza, ekstradycja dopiero w maju 2025 roku, wywiad, w którym oskarżony przedstawiał się jako ofiara, i końcowa prośba o uniewinnienie.
Porównanie nasuwa się samo. Kilka miesięcy temu Łukasz Ż. usłyszał (nieprawomocnie) 20 lat za wypadek na Trasie Łazienkowskiej, w którym zginął jeden człowiek. Tam jedna ofiara i 20 lat, tu trzy ofiary i 8 lat. Trudno się dziwić, że wielu ludzi uznaje to za niesprawiedliwe. Nawet prokurator w mowie końcowej przyznał, że państwo nie ma w tej sprawie kary adekwatnej do tragedii, i dodał, że gdyby mógł, żądałby 30 lat. To ważny sygnał: zarzut „za mało” nie trafia w sąd, który sięgnął po maksimum. Trafia w ustawodawcę, który wyznaczył granicę.
Dlaczego Łukasz Ż. dostał 20 lat, a Sebastian M. 8?
O różnicy nie zdecydowała liczba ofiar ani surowość sędziów, tylko zupełnie inny zestaw przesłanek ustawowych. Łukasz Ż. w chwili wypadku na Trasie Łazienkowskiej we wrześniu 2024 roku był nietrzeźwy, uciekł z miejsca zdarzenia, a za kierownicę wsiadł mimo sądowego zakazu. Wcześniej był wielokrotnie karany. Odpowiadał więc z art. 177 § 2 w związku z art. 178 § 1a k.k., który przy śmierci ofiary przewiduje od 5 do 20 lat więzienia. Sąd sięgnął po górną granicę i orzekł dożywotni zakaz prowadzenia pojazdów.
Sebastian M. we wrześniu 2023 roku był trzeźwy, został na miejscu wypadku i według doniesień medialnych nie był wcześniej karany. Odpowiadał z samego art. 177 § 2 k.k., czyli w granicach od 6 miesięcy do 8 lat. On również dostał górną granicę. Obaj sądzeni zostali więc najsurowiej, jak pozwalało prawo, tyle że w zupełnie innych widełkach.
Zaostrzony art. 178 § 1a k.k. działa tylko wtedy, gdy sprawca był nietrzeźwy, odurzony albo zbiegł z miejsca zdarzenia. Zaostrzenie weszło w życie dopiero jesienią 2023 roku, już po wypadku na A1. Nawet gdyby obowiązywał wcześniej, wobec Sebastiana M. by się nie zastosował: był trzeźwy i został na miejscu. Wyjazd z Polski po przesłuchaniu w charakterze świadka to nie jest ucieczka z miejsca zdarzenia w rozumieniu kodeksu, a surowszej ustawy i tak nie wolno stosować wstecz (art. 4 § 1 k.k.).
Jest jeszcze jedna rzecz, którą trudno zaakceptować laikowi. Spowodowanie wypadku, w którym ginie kilka osób, to jedno przestępstwo z art. 177 § 2, a nie trzy. Liczba ofiar wpływa na wymiar kary w ustawowych granicach, ale tych granic nie przesuwa. Trzy śmierci nie oznaczają trzech kar po 8 lat. Jedyną drogą do kary surowszej niż 8 lat byłaby inna kwalifikacja czynu, tj. zabójstwa z zamiarem ewentualnym.
Zabójstwo z zamiarem ewentualnym
Przestępstwo popełnione z zamiarem ewentualnym charakteryzuje się tym, że sprawca nie zmierzał bezpośrednio do jego popełnienia, lecz przewidywał taką możliwość i na to się godził. W przypadku zabójstwa oznacza to świadomość, że skutkiem jego działania może być śmierć człowieka.
W doktrynie od lat prezentowane jest stanowisko, że przyjmując zamiar ewentualny, trzeba wyjaśnić, dlaczego czyn nie jest nieumyślnym spowodowaniem śmierci z art. 155 k.k. Również wtedy sprawca przewiduje możliwość spowodowania śmierci, lecz bezpodstawnie przypuszcza, że jej uniknie. Przykładem zabójstwa z zamiarem ewentualnym może być spowodowanie śmierci w wyniku pobicia. Choć kodeks przewiduje odrębnie odpowiedzialność za pobicie ze skutkiem śmiertelnym (art. 158 § 3 k.k.), orzecznictwo często kwalifikuje takie czyny jako zabójstwo.
Znacznie bardziej dyskusyjne jest przypisanie zamiaru ewentualnego sprawcy wypadku drogowego. Tu także istnieje odrębny przepis. Zgodnie z art. 177 § 2 k.k., jeżeli następstwem wypadku jest śmierć innej osoby albo ciężki uszczerbek na jej zdrowiu, sprawca podlega karze od 6 miesięcy do 8 lat pozbawienia wolności. To właśnie ten przepis sądy stosują zdecydowanie najczęściej.
W orzecznictwie pojawia się jednak pogląd, że kierowca, który celowo narusza zasady bezpieczeństwa, np. jadąc z ogromną prędkością, i wywołuje konkretne niebezpieczeństwo, jest w stanie przewidzieć, że skutkiem może być śmierć człowieka. W szczególnych okolicznościach powinien więc odpowiadać za zabójstwo z art. 148 k.k. Pogląd ten jest mocno krytykowany w doktrynie. Przeciwnicy wskazują, że z samego naruszenia reguł bezpieczeństwa nie wynika automatycznie, iż sprawca, przewidując możliwość zabicia człowieka, godził się na ten skutek. Coraz częściej jednak sądy aprobują zaostrzenie odpowiedzialności sprawców śmiertelnych wypadków.
Dlaczego sąd nie znalazł żadnej okoliczności łagodzącej?
Z dostępnych publicznie informacji wynika, że Sebastian M. nie był wcześniej karany. Media opisywały relacje świadków, według których często jeździł bardzo szybko, ale mandaty za wykroczenia nie trafiają do Krajowego Rejestru Karnego. Formalnie mamy więc sprawcę niekaranego, trzeźwego, 32-letniego w chwili wypadku. To klasyczny zestaw okoliczności łagodzących, który w typowej sprawie z art. 177 § 2 prowadzi do kary z dolnej lub środkowej części widełek. Kara maksymalna wobec takiej osoby to w polskiej praktyce rzadkość.
Trzeba jednak powiedzieć jasno, że kara maksymalna nie wymaga braku okoliczności łagodzących. Wymaga, by po zważeniu wszystkich okoliczności czyn mieścił się wśród najcięższych przypadków danego typu, a okoliczności obciążających było w tej sprawie wyjątkowo dużo.
Sebastian M. pędził z prędkością ponad dwukrotnie wyższą od dopuszczalnej na autostradzie, w celowo przerobionym aucie z nielegalnym wykrywaczem kontroli, co świadczy o zaplanowanym unikaniu odpowiedzialności. Zginęły trzy osoby, w tym dziecko, a przebieg zdarzenia był wyjątkowo drastyczny. Do tego dochodzi zachowanie po czynie: wyjazd z kraju i ponad półtoraroczny pobyt w Emiratach aż do ekstradycji. Jedno zastrzeżenie, ważne dla każdego obrońcy: nieprzyznanie się do winy, kwestionowanie opinii biegłych i wniosek o uniewinnienie nie mogą być okolicznościami obciążającymi. To realizacja prawa do obrony, a nie dowód demoralizacji.
Czy sąd dostrzegł okoliczności łagodzące i uznał, że nie równoważą obciążających, pokaże dopiero pisemne uzasadnienie. To będzie też główne pole bitwy w apelacji, w której obrona niemal na pewno podniesie zarzut rażącej niewspółmierności kary.
Perspektywa obrońcy
Jako adwokat rozumiem linię obrony. Walka o uniewinnienie, podważanie opinii biegłych i alternatywne wersje zdarzeń to praca obrońcy, nie obstrukcja. Rozumiem też, że orzeczenie górnej granicy wobec trzeźwego i niekaranego sprawcy wypadku jest decyzją wyjątkową i będzie musiało obronić się w apelacji.
Rozumiem jednak również sąd. Skoro ustawodawca przewidział maksymalny wymiar kary, to po to, by sięgać po niego w sprawach najcięższych. Trudno wyobrazić sobie cięższą postać nieumyślnego wypadku bez alkoholu i ucieczki niż trzy ofiary przy ponad 300 km/h. Jeżeli w takiej sprawie nie orzeka się górnej granicy, to trudno powiedzieć, kiedy w ogóle miałaby być orzekana.
Nie mogę też pominąć drugiej strony medalu. Sebastian M. prosił, by nie skazywać go pod presją opinii publicznej i w tym jednym zdaniu co do zasady ma rację. Sąd ocenia czyn, a nie medialny wizerunek oskarżonego. Gdyby wysokość kar zależała od zasięgów w mediach, anonimowy sprawca takiego samego czynu dostałby kilka lat w zawieszeniu.
Problem leży więc gdzie indziej, a mianowicie w widełkach art. 177 § 2, które tak samo traktują chwilę nieuwagi i skrajną brawurę trzeźwego kierowcy, oraz w ostrożności prokuratury przy kwalifikacji takich czynów jako zabójstwa. To pytanie do ustawodawcy, a nie zarzut wobec sędzi z Piotrkowa.
Trochę jak w „Krótkim filmie o zabijaniu”
Ta sprawa przypomina mi „Krótki film o zabijaniu” Krzysztofa Kieślowskiego z 1988 roku. Film pokazuje dwa zabójstwa: brutalny czyn Jacka i wykonanie na nim kary śmierci przez państwo, sfilmowane z tą samą chłodną dokładnością. Młody adwokat Piotr, broniący w swojej pierwszej sprawie, cały czas pyta, czy kara w ogóle kogoś odstrasza i komu naprawdę służy. To pytanie o prewencję generalną. Kara nie jest wtedy adresowana do skazanego, tylko do wszystkich pozostałych. Kodeks karny każe sądowi ją uwzględniać: dawniej jako kształtowanie świadomości prawnej społeczeństwa, po nowelizacji z 2023 roku jako społeczne oddziaływanie kary.
Wyrok wobec Sebastiana M. jest w dużej mierze takim komunikatem. Ma dotrzeć do każdego, kto rozpędza auto do 300 km/h i traktuje autostradę jak tor. Skazany staje się nośnikiem przekazu, a jego indywidualna sytuacja schodzi na dalszy plan. Oczywiście analogia ma granice: tu nie ma kary śmierci, a rodziny ofiar zasługują na wyraźny sygnał państwa. Kieślowski zostawia jednak pytanie, które warto zadać i dziś. Rodzinom Martyny, Patryka i Oliwiera żadna liczba lat nie odda bliskich. Prawdziwą miarą tego wyroku będzie to, czy następny kierowca zdejmie nogę z gazu i czy ustawodawca, zamiast liczyć na sądy, sam zmierzy się z luką, którą ta sprawa obnażyła.
Materiał opracowany przez mec. Karolinę Pilawską











